fbpx
Wyjazdy > Europa > Grecja > Tour de Greece – Grecja dzień po dniu cz. 2
Tour de Greece – Grecja dzień po dniu cz. 2

Tour de Greece – Grecja dzień po dniu cz. 2

Grecja z dnia na dzień podobała się nam coraz bardziej. W poprzednim odcinku dojechaliśmy do podnóża Meteorów. Link zawsze czeka na Ciebie po prawej stronie.

Piątek – Meteory, Dodona

Meteory

Meteory to jedna z bardziej malowniczych formacji skalnych na świecie. Kiedyś tu było jezioro, na którego dnie zbierały się osady. To, co teraz widać, to efekt działania tysięcy lat erozji.

Po grecku meteoros to fruwający w chmurach. I w sumie tak to wygląda. 🙂 Skały mają ponad 500 m wysokości, licząc od podstawy. Miejsce bliżej nieba już w XI w. zasiedlili mnisi, by w oddaleniu od zgiełku świata oddawać się modlitwom.

Teraz główną atrakcją, poza walorami krajoznawczymi, są właśnie klasztory.

Podjazd nie był tak straszny, na jaki wyglądał. W sumie wcześniejsze podjazdy bardziej dawały się nam we znaki (długo i stromo, na autostradzie).

Same Meteory – piękne, miejsce widokowo jest ciekawe i warte odwiedzenia.

Z drugiej strony, tłumy ludzi, nie ma gdzie zaparkować.

Uwaga: żeby zwiedzać klasztory, trzeba mieć odpowiedni, godny strój.

I ciekawostka: miejsca fotograficzno – widokowe wywołują w ludziach dziwną nerwowość i wrogość. Każdy chciałby zrobić zdjęcie, bez innych w tle. A tak się w sumie nie da.

Dodona

Pierwsza w dziejach Grecji wyrocznia. Tutaj wróżono z szumu dębu i lotu gołębi (to nie żart).

O samym odkryciu Dodony możecie przeczytać na portalu Hellenopolonica.

Na miejscu można oglądać to, co pozostało z amfiteatru, świątyń i innych zabudować. Jedna z antycznych świątyń została przerobiona na wczesnochrześcijańską bazylikę, ale i tak skończyła jako ruina.

Widać, że trwają prace renowacyjne. Generalnie, w przypadku starożytnych ruin nie chodzi o to, żeby je odbudować do stanu pierwotnego, tylko unaocznić zwiedzającym, jak to mogło wyglądać.

Dalej jechaliśmy do Patry.

Jechaliśmy przez góry, wąskimi krętymi dróżkami, mijaliśmy małe miejscowości, a w nich małe knajpki. Siedzą w nich tubylcy i sączą, co lubią i na co ich stać, i po prostu rozmawiają. Miły widok.

Zajechaliśmy do jednej z wielu niewielkich miejscowości nad morzem. Widok u nas niespotykany: podjazd umożliwiający wjechanie do morza osobom poruszającym się z pomocą wózka. Ciekawe czy i kiedy będzie to u nas możliwe.

W tym miejscu po raz pierwszy zanurzyliśmy nogi w morskiej wodzie. Kamienista plaża to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej.

Następnie przejechaliśmy nocą przez most nad Zatoką Koryncką. (Zatoka Koryncka to nie jest to samo co Cieśnina Koryncka, o której będzie później.)

Nocleg mieliśmy standardowo zarezerwowany w dziwnym miejscu. Tym razem były to apartamenty nad salonem samochodowym. Poza noclegiem dla nas był też zamykany parking dla samochodu.

Ciekawostka: klucz do kłódki do bramy wisi na haczyku z drugiej strony, ten kto wie, to wie jak się dostać.

Za całe 50 euro mieliśmy apartament z marmurową łazienką, białymi ręcznikami i pełnym aneksem kuchennym. A w zamrażalniku kostki lodu.

Polało się wino, feta i pomidory.

Sobota – Olimpia

Dzień olimpijski

Przed wyjazdem byliśmy ostrzegani, że w okolicy wszystko płonie. Sprawdzaliśmy na google maps, jak wygląda sytuacja z zagrożeniami.

Sprawdzaliśmy także tutaj: Emergency Copernicus (notabene to ciekawy system ticketowy zbierający informacje o wszystkich katastrofach naturalnych w Europie). Jednak najświeższe i z pierwszej ręki informacje znaleźliśmy na fanpage lokalnej knajpki Olimpii. Napisali, że prewencyjnie zamknęli się na dwa dni, ale już mają czynne i zapraszają na wieczór pieśni greckiej.

Udaliśmy się więc do kompleksu zabytków w Olimpii. Składa się z:

  • obszaru archeologicznego,
  • muzeum historii igrzysk olimpijskich,
  • muzeum archeologicznego oraz
  • muzeum historii odkrycia Olimpii. To ostatnie było nieczynne.

Ciekawostka: w kasie biletowej była pani, której jedynym zadaniem było mówienie: bilety? Okienko obok. Fajna fucha.

Żeby zwiedzić wszystko, konieczne jest 5-6 godzin netto.

My dodatkowo spędziliśmy godzinę na kawę i odpoczynek. Warto uzbroić się w wodę i kanapki. Połowę czasu zajęło nam chodzenie po wykopaliskach. Obszar jest ogromny, bardzo ciekawy i naprawdę warto wszędzie zajrzeć. Jest to jedno z najciekawszych miejsc naszej wyprawy.

Co ważne, jeśli muzeum archeologiczne zwiedzi się pobieżnie i bezrozumnie, to potem na wykopaliskach nie będzie wiadomo, na co patrzymy, o co chodzi i jaki jest kontekst. A gdy się nie ogarnia, na co się patrzy, to ciężko zrozumieć co tak naprawdę widzimy. Bo tu są budowle z różnych epok, w jednym miejscu.

Wykopalisk pilnują strażnicy z gwizdkami. Od razu słychać, że jakiś kretyn wchodzi na kamienie, tzn. na kolumnę, która ma ponad 2 tysiące lat.

Warto mieć taką umiejętność, żeby być w stanie wyobrazić sobie Świątynię Zeusa w pełnej krasie. Stanąć przed ruinami i zobaczyć w głowie, co to było, gdy było.

Widzieliśmy ludzi z goglami VR – istnieje oprogramowanie, które pozwala popatrzeć na olimpijskie zabytki tam na miejscu. Do wypożyczenia na miejscu, jednakże nie jest to reklamowane.

Druga obszerna część wykopalisk to stadion. Po prostu prostokątny trawnik, ale to tam właśnie się odbywały same igrzyska. Więc jeśli ktoś nie zrozumiał, o co chodzi w muzeum olimpijskim, to tu też nie zrozumie.

Niestety, tutaj widać jak bardzo była zaniedbana Grecja. Doszliśmy do wniosku, że aktualny stan Olimpii wynika z faktu, ze Niemcy oddali część kawałków, żeby było z czego odbudować (przekazali coś, co wcześniej sami zabrali). Niemcy i Włosi dali fundusze na rekonstrukcje, a Grecy… Grecy pozwolili sobie przekopać grządkę.

Wracając do igrzysk…

Same igrzyska, to było wydarzenie religijne i kompletny proces. Najpierw w miastach odbywały się eliminacje. Potem były wysyłane konno SMSy, żeby poinformować wszystkich potencjalnie zainteresowanych o dokładnej dacie zawodów. Na miesiąc przed igrzyskami, zawodnicy zbierali się w Elis, gdzie byli poddawani ostatnim szkoleniom i treningom, nie tylko swojej dziedziny sportowej, ale i moralności. Dla nieodpowiednich zawodników igrzyska mogły się skończyć jeszcze przed ich rozpoczęciem. Z Elis szła procesja. Następnie następowało oficjalne odpalenie znicza olimpijskiego. Sama zabawa trwała 5 dni. Pierwszy to dzień modlitw, kolejne trzy to zmagania zawodników, ostatni to modlitwy i wręczanie nagród.

A jakie były nagrody w igrzyskach? Zwycięzca przede wszystkim zyskiwał przywilej postawienia posągu w świątyni Zeusa. Wracał do swojego miasta jako bohater. Po pierwsze, wjeżdżał do miasta na 4-konnym powozie, przez dziurę w murze obronnym wybitym na jego cześć. Po drugie, uzyskiwał zwolnienie z podatków, darmowe jedzenie w miejskich jadłodajniach, oraz bilety do teatru na honorowe miejsce.

Odbywały się też kobiece igrzyska, w innym terminie i z mniejszą liczbą dyscyplin. Nagrody też były inne – zwyciężczyni dostawała krowę.

To, co było kluczowe w igrzyskach, to fakt, że poza sprawnością fizyczną liczyła się moralność i uczciwość. Jeżeli uczestnik został przyłapany na oszustwie, to ku przestrodze dla innych miał dostarczyć posąg Zeusa, który podpisany imieniem sprawcy był ustawiany w alei prowadzącej na stadion. W starożytności aleja wstydu zgromadziła 16 takich posągów. Poza tym nieuczciwy zawodnik dostawał zakaz powrotu na igrzyska.

Smaczek na koniec. W muzeum archeologicznym w Olimpii przekonaliśmy się, że już w czasach antycznych istniał problem ginięcia prywatnych kubków w miejscu pracy. Na kubku, którego właścicielem był słynny rzeźbiarz Fidiasz, widnieje napis: „Należę do Fidiasza”.

O ochronie przeciwpożarowej w Olimpii napisaliśmy w tym poście na naszym Fanpage’u:

W drodze do miejsca spoczynku zahaczyliśmy o Lidla. Standardowe zakupy: pomidory, papryka, wędliny. I tu uwaga, trzeba być czujnym, bo można niechcący kupić zagraniczne produkty (Holandia, wyprodukowano w UE).

Paliwo na Shellu nadal po 1.8 EUR (95 vPower), ale to już nas przestaje dziwić. 

Dojechaliśmy do miejscowości Messini, w której mieliśmy zarezerwowany nocleg. Miasteczko małe, wąskie jednokierunkowe uliczki, brak miejsc do parkowania. W końcu znaleźliśmy miejsce dwie przecznice dalej, koło śmietnika i samochodu, który wyglądał jak nieruchomość. A rano stał parę metrów dalej.

Niedziela – Mistra, Sparta, plaża

Z Messini nie pojechaliśmy oczywistą, szeroką drogą do Sparty. Wybraliśmy wersję dla zaawansowanych, przez góry. Widoki były piękne, do tego zakręty, osypujące się skały i wykute w kamieniu podcienie. 

Mistra

Mistra to średniowieczne miasto – forteca. Podobno jest najlepiej zachowanym przykładem bizantyjskiego miasta. W sumie miasto składało się z pałacu, klasztoru, budynków gospodarczych wokół klasztoru oraz kościołów. Położone było na górskim zboczu, co nie ułatwiało życia mieszkańcom.

Naszym zdaniem, należy zwiedzić co najwyżej górną część. 

Sparta

Spartańskich pozostałości jest niewiele, wszak oni nie przejmowali się budynkami. Z ciekawych obiektów widzieliśmy: współczesny pomnik Leonidasa, tablicę z pochodzącymi ze Sparty zwycięzcami igrzysk olimpijskich, zarówno starożytnych jak i nowożytnych, krokodyla cabrio i 9000.

Uwaga: 15 sierpnia to święto w Grecji i generalnie wszystko-wszystko jest pozamykane. Tym samym nie udało się nam zwiedzić muzeum oliwy i oliwek.

Pojechaliśmy poczuć się, jak prawdziwi turyści na plaży. Jechaliśmy przez plantacje pomarańczy i opuncji figowej, aż dotarliśmy w to cudowne miejsce:

Tu jest miła zatoczka z piaszczystą plażą. Jej ozdobą jest wrak statku.

Warto się pospieszyć, bo rdza zjada wrak i za jakiś czas on się rozsypie.

Nie ma tłoku, nie ma parawanów. Jako że plaża nie jest komercyjna, nie ma tu infrastruktury i toalet. Ale w krzakach nie śmierdzi. Być może ten problem rozwiązuje jedyna knajpa na plaży (która nie emituje głośnej muzyki).

Greckie morze wygląda tak:

Z ciekawostek przyrodniczych, widzieliśmy zabezpieczone, zaznaczone miejsca, w których są gniazda żółwi morskich. Wyklują się małe żółwiki!

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy plantacji pomarańczy. I wiecie co? Pomarańcza prosto z drzewa smakuje nieporównywalnie lepiej niż nawet najświeższa z marketu.

Do Monemvasii dojechaliśmy po ciemku, więc zatrzymywanie się nie miało sensu. Pojechaliśmy dalej.

Jechaliśmy praktycznie po ciemku, więc nie widzieliśmy, czy mamy się czego bać.

Na nocleg zajechaliśmy do malutkiej miejscowości w zatoczce. Nie było tu nawet nazw ulic. Pani hostka czekała na nas w kawiarni, ale nie do końca rozumiała, że w tłumie ludzi my możemy nie wiedzieć, którą osobą ona jest.

Wylądowaliśmy na noc w starym domu, bez adresu, ale za to z wielkim kluczem.

Ale jak to się stało, że właśnie tam wylądowaliśmy? W tym regionie Grecji bardzo ciężko o nocleg, szczególnie w rozsądnych cenach. Zarezerwowaliśmy nocleg w zupełnie innym miejscu, ale tamten gospodarz stwierdził, że jednak nie chce nam wynająć pokoju. Bo tak. Właśnie dlatego najczęściej korzystamy z booking.com – musieli się postarać i znaleźć nam inne miejsce w oryginalnej cenie. A w okolicy nie było sensownych miejsc. Więc zmodyfikowaliśmy nieco naszą trasę, oraz zamiast pokoju w pensjonacie, dostaliśmy cały dom. Cena też była odpowiednio wyższa, ale różnicę pokrywa booking.com.

W ten sposób naleźliśmy się w miejscowości, której adres ciężko jest jednoznacznie ustalić, niby to Paralia, niby Kyparissi — najprościej pokazać palcem gdzie to:

Malutka, ciaśniutka, żeby jedno auto mogło wjechać, inne musi wyjechać. Wąskie jednokierunkowe uliczki, do tego dwa sklepy spożywcze, które zamykają się o 18.

Do miejscowości prowadzi tylko jedna droga, dojazd tylko samochodem (ew. łódką). Zastanawiamy się, jak mieszkańcy robią większe zakupy? Choćby zakup skarpetek musi być wyzwaniem.

Poniedziałek – Mykeny i Epidavros

Mykeny

Pojechaliśmy do Myken. O cywilizacji Mykeńskiej i Agamemnonie pisać nie będziemy, kto nie uważał na lekcjach historii, ten trąba.

Z Mykenami (a także Troją) wiąże się postać Heinricha Schliemanna. Był to niemiecki kupiec, który po zgromadzeniu fortuny postanowił spełnić swoje marzenie i stać się archeologiem. Mimo że lwia brama prowadząca do Myken stała na wierzchu (!) to właśnie Henio wziął się za rozkopywanie okolic (bazując na swojej interpretacji Iliady). I dokopał się do skarbów Myken. Z drugiej strony nie wolno zapomnieć, że Henio miał do swoich odkryć dosyć szczególne podejście — jeśli wykopane artefakty nie pasowały do jego teorii, teoria pozostawała, a artefakty znikały. 

Same Mykeny jako budowla są niesamowite. Znaleziska robią nie mniejsze wrażenie. Warto sobie uświadomić, że Mykeny powstały po epoce brązu, jakieś trzy i pół tysiąca lat wstecz od czasów obecnych. A teraz pomyślmy co się w tym czasie działo na terenie naszego pięknego kraju i czy nasza cywilizacja w ogóle istniała.

Brama do Myken

Tymczasem Mykeńczycy wyklepywali ze złota pośmiertne maski swoich wodzów.

W sumie w Mykenach odnaleziono 14 kg złota. Tutaj w muzeum archeologicznym (standardowo, w każdym ciekawym miejscu jest muzeum i stanowisko archeologiczne, to stały układ) znajdują się kopie złotych artefaktów, a także inne wyciągnięte z grobowców władców przedmioty. Oryginały znajdują się w muzeum archeologicznym w Atenach, o którym napiszemy później.

Antyczny pierwowzór lalki Barbie

Epidavros

Epidavros jest miejscem znanym z dwóch powodów. Jest tu wielki amfiteatr oraz świątynia Asklepiosa (a tak naprawdę, antyczne sanatorium).

W “sanatorium” proces leczenia był całkiem prosty. Przede wszystkim chory był karmiony, mógł się umyć i odpocząć. W takich warunkach szanse na wyzdrowienie z każdej choroby znacząco wzrastały. Pacjent miał spać, aż mu się przyśni sposób, w jaki ma wyzdrowieć.

W sanktuarium, co ciekawe, obsługiwani byli również zagraniczni (z perspektywy ówczesnego greckiego świata) pacjenci. Wychodząc naprzeciw ich potrzebom religijnym, została zbudowana świątynia poświęcona bogom egipskim.

W muzeum archeologicznym znaleźliśmy kilka fascynujących eksponatów. Wielkie kamienie, na których została wyryta pełna księgowość świątyni. Wiadomo, ile kosztowała budowa sanktuarium, skąd i za ile zostały sprowadzone materiały budowlane, jak świątynia działał itp. W kamieniu również zostały wykute opisy chorób oraz potwierdzone wyleczenia.

Po drugie, znajduje się tu gablota ze starożytnymi narzędziami chirurgicznymi. Widać, że w kwestii pęset i nożyczek niewiele się zmieniło.

W wielkim amfiteatrze, który jest całkiem nieźle zachowany, również w naszych czasach odbywają się koncerty. Obiekt podobno ma doskonałą akustykę. Z racji, że jest wciąż używany, są do niego dwie drogi dojścia – zwykła po schodach, oraz dookoła, ale z łagodnym podjazdem.

Dzień planowaliśmy zakończyć w Koryncie. Mieliśmy lekki problem z dotarciem na miejsce. Stąd uwaga na przyszłość: należy uważnie czytać powitalną wiadomość od hosta. Inaczej można pomylić Korynt ze Starym Koryntem, następnie można znaleźć pensjonat o właściwej nazwie, ale w niewłaściwej lokalizacji. Na koniec dojechaliśmy tam, gdzie powinniśmy. Ale zajęło nam to trochę więcej czasu.

Nasz nocleg był w domku u bardzo miłej pani, która doskonale mówiła po niemiecku, ale angielski był dla niej wyzwaniem. Ale w lodówce zostawiła nam śniadanie. A tuż za płotem był starożytny Korynt.

Wtorek – Korynt i Sunion

Korynt

Standardowy układ: muzeum oraz stanowisko archeologiczne. W tym muzeum po raz pierwszy zobaczyliśmy kurosa. Kuros to posąg młodego mężczyzny, z tajemniczym uśmiechem, rękami wzdłuż ciała i w wykroku lewą nogą. Takie posągi były stawiane albo jako wotum w świątyni, albo na grobach, niezależnie od wieku zmarłego. Co ciekawe, była też wersja damska, czyli kora, w przeciwieństwie kurosa — ubrana.

Te posągi z Koryntu akurat zostały wykopane u kogoś w ogródku.

To muzeum zostało w 1990 roku bezczelnie okradzione przez szajkę greckich złodziei. Większość skradzionych dzieł udało się odzyskać. Bardziej szczegółowy opis tego zajścia znajdziecie tutaj.

Co ważne, szczególną rolę w odzyskaniu skarbów miała szczegółowa dokumentacja opracowana przez Amerykańską Szkołę Studiów Klasycznych w Atenach (ASCSA), która pracowała przy odkryciach w Koryncie.

Ze smaczków, to znajduje się tu płaskorzeźba, będąca inspiracją dla Statuy Wolności.

Stanowisko archeologiczne, to całe starożytne miasto – Korynt. Pawilony, domy mieszkalne, świątynie, fontanny. Jest ogromne. Pamiętacie list do Koryntian? To właśnie tam mieszkali jego adresaci.

Dokładne opisy miejsc na stanowisku archeologicznym znajdziecie na przykład pod tym adresem.

Starożytny Korynt był wyposażony w pełnowymiarowy szpital, czyli świątynię Asklepiosa (patrz: Epidavros powyżej). Szpital funkcjonował około 800 lat. Pozostały po nim całkiem ciekawe zbiory w muzeum. Są to figury dziękczynne, przedstawiające części ciała, których dotyczył problem medyczny. Mamy tu ręce, nogi, mózg, biust… 

I jeszcze na koniec drobna informacja o córach Koryntu. W powszechnej świadomości były to wysoko półkowe kurtyzany. W Koryncie natomiast dowiedzieliśmy się, że to nie do końca tak. Może i trafiały się bogate, samodzielne kurtyzany. Ale w antycznych czasach raczej były to niewolnice, darowane jako prezent do świątyni Afrodyty przez bogatych obywateli. Rozumiecie, kwiatek, kobieta, posąg, wonności, oraz inne przydatne w świątyni przedmioty.

Korynt współczesny posiada jeden bardzo interesujący obiekt inżynieryjny. Jest to kanał koryncki, który pozwala skrócić drogę z zatoki korynckiej do morza. W czasach antycznych już był pomysł, żeby tędy transportować statki, lecz odbywało się to za pomocą drewnianych rolek, po których statki były przetaczane.

Sunion

Z Koryntu pojechaliśmy do Aten, ale zanim tam dotarliśmy, odwiedziliśmy Sunion. Znajduje się tam świątynia Posejdona, która wygląda szczególnie malowniczo w czasie zachodu słońca.

Uwaga, brama jest zamykana dokładnie w momencie zachodu słońca, więc można się odbić od strażnika.

Niedaleko kasy biletowej i kawiarni (poniżej samego wzgórza ze świątynią) jest bezpłatny parking, więc nie ma powodu, żeby parkować w krzakach.

My przyjechaliśmy o godzinie 19, a zachód słońca miał być o 20:06. Z góry widać zatokę z zacumowanymi łódkami. Ten widok i świątynia na tle zachodzącego słońca to dwa gotowe obrazy do fotografowania.

Sama świątynia jest bardzo ładna, ale to, co ciekawe, to historyczne ślady wandali sprzed 100-200 lat, typu “tu byłem, Stefan, 1806)

Schodząc ze wzgórza dróżką z tyłu warto pamiętać, że wyjście (i brama) są w połowie wzgórza, więc jeśli się rozpędzimy, to trzeba będzie wchodzić z powrotem na górę, żeby udało się wyjść z obiektu.

Poniżej jest świątynia Ateny, ale w obliczu innych okolicznych świątyń, ta nie powala.

W drodze na Sunion widzieliśmy z bliska efekty pożarów. Spalone zbocza naprawdę robią wrażenie. A potem jeszcze widzieliśmy jak wygląda gaszenie pożaru za pomocą samolotu. 

Obecność wozów straży pożarnej to tu to tam, przestała już nas całkiem dziwić.

Na koniec dnia dojechaliśmy do Aten, do naszego miejsca w apartamentohotelu.

Dziwne miasto. W centrum piękne bulwary i witryny luksusowych sklepów, a już 500 metrów dalej obszar w klimacie postapo. Pod narodowym bankiem Grecji wieczorem bezdomni rozkładają swoje śpiwory.

Znalezienie płatnego parkingu w centrum Aten to wyzwanie. Osoba z hotelu podała nam kilka adresów, parkingi były albo pełne, albo zamknięte, albo zamknięte, bo pełne. A na ulicy tak po prostu nie ma miejsc. W końcu udało się znaleźć wolny parking, ale dalej niż bliżej.

Środa – Ateny dzień pierwszy, chodzony.

Ateny

To był dzień chodzenia po Atenach. Plan był prosty od A do Z: od Akropolu do świątyni Zeusa.

W centrum Aten trzeba się bardzo postarać, żeby nie mieć w zasięgu wzroku czegoś antycznego.

Dojechaliśmy metrem do Akropolu, a tam – na ścianach kopie marmurowych płaskorzeźb z Partenonu, które Anglicy wywieźli w 1812 i jakoś nie kwapią się, by je oddać (sam lord Byron był przeciwnikiem ograbienia Grecji, nawet napisał “Czego nie zrobili Goci, to uczynili Szkoci”)

Tego dnia chcieliśmy dosłownie natrzeć się antykiem. 

Plan zagospodarowania przestrzennego

Garść uwag praktycznych odnośnie zwiedzania akropolskiego wzgórza:

  • Akropol to wzgórze, więc trzeba się nastawić na to, że będzie dużo chodzenia pod górę
  • nie wolno wnosić nic innego poza wodą
  • na terenie można kupić wodę w automacie na dole, przy kasach, a potem już nie
  • na samej gorze jest ustalony kierunek zwiedzania i obsługa pilnuje, żeby nie iść pod prąd

Tu tez jest obsługa z gwizdkami, tora wygwizduje tych, którzy nie rozumieją, ze na stare kamyki się nie wchodzi ani na nich się nie siada.

Akropol to ciągły plac budowy. Poszczególne zabytki są poddawane renowacji, ale nie są doprowadzane do stanu pierwotnego.

Partenon. To, z czym chyba każdemu się kojarzy Grecja
Chmura dymu widziana z Akropolu

Zastanawialiśmy się, jaka jest najlepsza kolejność zwiedzania Grecji. Gdyby zobaczyć Akropol na samym początku, będzie efekt wow. Jednak jeśli będziemy tam na samym końcu, po tych wszystkich niesamowitych miejscach i muzeach, to będzie jak wisienka na torcie. Ale pamiętajmy, że jest to bardziej atrakcja turystyczna niż historyczna.

A więc przewodnik w rękę i należy iść i oglądać.

W centrum miasta stoi taki oto obiekt. Jest to Łuk Hadriana, dawna granica między Atenami greckimi a rzymskimi. Obecnie zupełnie wtapia się w zabudowę (żart).

Świątynia Zeusa to takie trochę smutne miejsce. Była budowana przez ponad 600 lat, a potem gdy się rozsypała, została rozgrabiona przez okoliczną ludność i niewiele z niej zostało. Oryginalnie miała 108 kolumn. W środku była kopia posągu Zeusa dłuta Fidiasza, posągu który moglibyśmy zobaczyć w Olimpii, gdyby tam wciąż był.

Świątynia Zeusa – tyle z niej zostało

Teren u podnóża Akropolu, pełen uliczek, kamieniczek i sklepików to Plaka. Takie Ateńskie Krupówki. Można tu kupić pamiątki, jedzenie, ubrania. Na szczęście, duża część z nich powstaje tu, w okolicy. I w ten oto sposób domowe zasoby zostały wzbogacone o dwie, prawdziwe greckie lniane sukienki.

Plaka jest tuż na dole.

Magią naszej saabvoyagowej turystyki jest to, że mamy kontakt z ludźmi o podobnych pasjach. Wieczorem spotkaliśmy się z intstagramowym znajomym, który jeździ 9-3. Zwiedzanie to jedno, ale dopiero rozmowa z osobą mieszkającą tu na co dzień, pozwala lepiej zrozumieć miejsca, które widzieliśmy.

Czwartek – Ateny dzień drugi, muzealny

Hellenic Motor Museum

Dzień muzealny. Na pierwszy ogień poszło prywatne muzeum motoryzacji.

Właściciele według sobie znanego klucza dobrali samochody (doczytaliśmy później, że kolekcja na początku miała jedną wspólną ideę: spełnienie dziecięcych marzeń właściciela).

W kolekcji jest około 300 sztuk. Natomiast na ekspozycji około stu wozów. Nas to muzeum nie rzuciło na kolana. Już wcześniej spotkaliśmy się kilka razy z podobnymi przybytkami. Jakby nie szukać daleko, to jest w Berlinie Classic Remise, Otrębusy przemilczymy, ale całkiem na ten wzór tu mamy Tiriac Collection w Bukareszcie. Nam brakowało w nim opowieści. Opowiedzianej historii, myśli przewodniej budowanej kolekcji, która była na początku. Nie wiadomo, co łączy te auta. Ale to również nie wyróżnia tego miejsca. Jest to raczej typowe podejście.

Ciekawym pomysłem było zebranie samych czerwonych samochodów na jednym piętrze.

Tak czy inaczej, warto odwiedzić muzeum, szczególnie że ekspozycja się zmienia. Dla fanów motoryzacji obowiązkowe.

Kolejnych kilka godzin spędziliśmy w słynnym ateńskim muzeum archeologicznym.

National Archaeological Museum of Athens

Jest to jedno z 10 największych muzeów archeologicznych na świecie. W skrócie: wielki magazyn z tym co ważne.

Do wizyty tutaj trzeba się przygotować, żeby przyjść i zobaczyć je świadomie. Przygotować się można na dwa sposoby: oczytać się książek i przewodników na sucho albo objechać wcześniej Grecję. Nie było tu wytłumaczenia, o co chodzi i jak jedna cywilizacja wypierała inną i dlaczego.

Zeus albo Posejdon – niepotrzebne skreślić

Na pewno inaczej się zwiedza muzeum jako pierwsze, oglądając „jakieś rzeczy”, a inaczej na końcu, niczym podsumowanie całej greckiej wycieczki.

To właśnie tutaj znajdują się eksponaty przywiezione z innych miejsc, które wcześniej już widzieliśmy. Czyli np. 14 kg złota z Myken. Maska nie-Agamemnona (Schliemann myślał, że odkopał maskę Agamemnona, a okazało się, że była o drobne 300-400 lat starsza).

Pomnik Zeus-albo-Posejdon. Na nas duże wrażenie zrobiła wystawa czasowa poświęcona zwycięstwom, gdzie widzieliśmy hełm Menelaosa spod Maratonu, oraz osobna ekspozycja dotycząca tajemniczego urządzenia, służącego w antyku do wyznaczania dat wszystkiego.

Generalnie, znajdują się tu praktycznie wszystkie największe ruchome zabytki antycznej Grecji.

Z informacji praktycznych:

  • trzeba zostawić plecak w szatni, wiec trzeba się sensownie spakować;
  • trzeba się nastawić na dużo chodzenia, my tam spędziliśmy 4h i wyszliśmy z niedosytem. Lepiej by było zarezerwować 5-6h.
  • na terenie muzeum jest kawiarnia, więc w razie czego można usiąść, posilić się, napić kawy i… wrócić do zwiedzania.
  • obsługa jest miła i kompetentna. Można zapytać o jakiś eksponat i uzyskać wyjaśnienie jak tam trafić. Niczym w porządnym markecie budowlanym „trzecia alejka na lewo, prosto, prosto i za ceramiką w prawo”

Pocztówki

I tu dopadł nas standardowy problem, czyli rozważania gdzie można kupić znaczki.

Kioski sprzedają kartki, ale nie znaczki. W końcu znaleźliśmy ten jeden, wyjątkowy kiosk i już mieliśmy co przyklejać. A potem wybraliśmy się na poszukiwania skrzynki pocztowej, która wzbudzałaby zaufanie i dawała nadzieje ze kartki dojdą.

Zarówno w Salonikach jak i w Atenach zauważyliśmy mnóstwo pozamykanych lokali. Miasto się brudzi na tyle szybko, ze ciężko nam było zidentyfikować, czy to efekt covidu, kryzysu, czy lokal był zamknięty jeszcze wcześniej, a może to dłuższy urlop?

Rzuciło się nam w oko również dużo porzuconych niedokończonych budynków, hoteli itp. – nawet w ścisłym centrum. Takie rozgrzebane, niedokończone, porzucone. Ot, ciekawostka.

Co działo się dalej, przeczytacie w ostatniej części naszych notatek.

Spodobał Ci się tekst? Teraz czas na Ciebie. Będzie nam miło, jeśli zostaniemy w kontakcie:

  • Odezwij się w komentarzu, dla Ciebie to chwila, dla nas to bardzo ważna wskazówka.
  • Jeśli uważasz, że ten wpis jest wartościowy lub chciałbyś podzielić się z innymi czytelnikami – udostępnij nasz post – oznacza to, że doceniasz naszą pracę.
  • Bądźmy w kontakcie, polub nas na Facebooku lub Instagramie. Codziennie nowe zdjęcia, inspiracje, ciekawe informacje.

One Reply to “Tour de Greece – Grecja dzień po dniu cz. 2”

Leave a Reply